wtorek, 28 grudnia 2010

Kambodża, Cz.4 - Angkor III - Bayon, Angkor Wat

Aż w końcu, po opróżnieniu niezliczonych butelek z napojami i przepedałowaniu kilkudziesięciu kilometrów, dotarłem do centrum parku archeologicznego i tym samym jego największych atrakcji. Doświadczyłem przy okazji interesującego fenomenu. Otóż stojąc w miejscu pociłem się bardziej niż jadąc na rowerze. W zasadzie to im szybciej jechałem na rowerze, tym MNIEJ się pociłem. Wszystko ze względu na nieludzkie temperatury i brak wiatru - jazda na rowerze była jedynym źródłem ożywczego powiewu powietrza.



Bayon:

Ta Prohm (znana niektórym z filmu Tomb Raider):

I wreszcie wisienka na torcie - wielki Angkor Wat, najpierw otaczająca go fosa, potem mur i brama, i wreszcie sama światynia:

Następnego dnia rano pojechałem zwiedzić kilka pozostałych świątyń, które okazały się niczym nie wyróżniać na tle wcześniej widzianych - toteż nie będę dawał ich zdjęć, myślę że czego jak czego ale zdjęć już na dziś dosyć. Popołudnie spędziłem regenerując siły po dwóch wyczerpujących dniach w rowerowym siodełku.
I tym sposobem zwiedziłem w ciągu dwóch bardzo intensywnych dni zabytki na których zwiedzenie ponoć potrzeba co najmniej trzech dni. Inna sprawa że pewnym kosztem - pierwszego dnia w ciągu 10 godzin które spędziłem na dworze wypiłem około 6 litrów płynów, tylko raz się wypróżniając i wciąż czując suchość w ustach. W sumie od rana do nocy wypiłem tamtego dnia prawie 8 litrów, a wypiłbym więcej gdyby nie ceny napitków. Kambodży w maju odwiedzać szczerze NIE polecam, ze względów klimatycznych.

Kambodża, Cz.3 - Angkor II

Im większe świątynie zwiedzałem, tym więcej napotykałem turystów i lokalnych sprzedawców. Przy pierwszych, małych i odległych od centrum, świątyniach byłem często jedynym zwiedzającym, z czasem coraz cześciej natykałem się na autokary pełne Japończyków i stada sprzedawców napojów/pamiątek/książek/czegokolwiek. Większa część handlarzy pamiątkami była zdecydowanie niepełnoletnia, co zwiększało ich skuteczność w przekonywaniu zagranicznych turystów do zakupu. Na mnie wrażenie zrobiła jedna dziewczynka, która nauczyła się mówić trochę w każdym chyba języku z jakim się w czasie swojej pracy zetknęła - po angielsku mówiła lepiej niż niejeden nauczyciel angielskiego w Indonezji, a nawet po polsku i norwesku potrafiła powiedzieć kilkanaście zdań z niezłą wymową. Fenomen, mam nadzieję że zarobi na jakąś sensowną szkołę i wykorzysta swoje zdolności. Ja pamiątek prawie w ogóle nie kupowałem, inwestując w zamian w napoje, niezbędne do dalszej jazdy na rowerze w panującym skwarze.

Zawsze Coca-Cola...

poniedziałek, 20 września 2010

Kambodża, Cz.2 - Angkor I

Po pół roku przerwy powracam do toku opowieści - tym razem z zamiarem definitywnego dokończenia i zamknięcia tej historii zanim pojawią się kolejne wyprawy i kolejne opowieści (a miejmy nadzieję że jak najprędzej nadejdą). Nie chcę się tłumaczyć z opóźnienia, nie mam zresztą czym. Każdy wie że odkąd wróciłem do Polski nie narzekam na brak zajęć, ale sam dobrze wiem że czas na uzupełnienie bloga mogłem już dawno znaleźć gdyby były chęci. Podejrzewam, że odkładałem dokończenie tego z głębszej przyczyny - przeglądanie tych zdjęć i wspomnień przypomina mi jak dobrze było mi tam - i, poprzez analogię, jak bardzo nie podoba mi się tutaj.
Starczy wstępu, umówmy się że udajemy że przerwy nie było i opowieść podejmujemy tam gdzie została przerwana.

Tak więc przybyłem do Siem Reap z poznaną w busie dziewczyną z Irlandii. Jako że dziewoja posiadała kopię ubóstwianego przez młodych podróżników przewodnika Lonely Planet, postanowiliśmy poradzie ww. zaufać. Był to któryś z rzędu raz kiedy zaufałem całkowicie poradzie przewodnika i kolejny już kiedy tego pożałowałem. Hostel opisany kusząco jako tani, czysty, wygodny i zapewniający gościom darmowy internet okazał się wyglądać jak centrum handlowe z epoki stalinowskiej po ciężkim bombardowaniu artyleryjskim. Przynajmniej tak wyglądał z zewnątrz, nie mieliśmy odwagi sprawdzać jak jest w środku i czy przyobiecany internet faktycznie jest darmowy. Skończyliśmy tak jak kończyłem zwykle - w cichym, spokojnym i wygodnym hoteliku którego w przeowdniku nie było. Co ważne, mój pokój był wyposażony w bardzo sprawnie mielący powietrze wentylator sufitowy. To ważne bo, o czym chyba zapomniałem dotąd wspomnieć, w okresie mojego pobytu temperatura w Kambodży zależnie od pory dnia oscylowała od 30 do 40 stopni w cieniu. W południe w słońcu 50 stopni i brak wiatru.
Wieczorem wybrałem się na zakupy i dowiedziałem się czegoś istotnego - w Siem Reap panują australijskie ceny. Butelka wody mineralnej kosztowała średnio 0,70$, co może wydawać się kwotą niewielką ale kiedy cżłowiek wypija ponad 4 litry wody dziennie zaczyna być sporym wydatkiem. Kupienie czegokolwiek po lokalnej cenie jest prawie niemożliwe, całe miasto wydaje się wręcz zaprojektowane do wyciągania z turystów pieniędzy. Odkryłem na zakupach dwie rzeczy - po pierwsze, najtańszy sklep w okolicy mojego hostelu był stacją benzynową (serio, taniej było kupić tam niż w "supermarketach" dla turystów), po drugie Kambodża importuje z Australii genialne jogurty pitne o smaku czerwonej pomarańczy. Na tyle genialne że w późniejszym okresie mojego pobytu zaczałem przeliczać wszystkie wydatki na te jogurty, zostały moją prywatną walutą. Np: jeżeli nie kupię tej książki/nie pójdę na piwo/ nie kupię jakiejś pamiątki to ile jogurtowej ambrozji będę mógł nabyć w zamian? Wszystko co kosztowało powyżej trzech jogurtów nie miało szans, jogurty królowały moim budżetem niepodzielnie.

Następnego dnia wypożyczyłem rower, zabrałem ze sobą 3 litry wody i pojechałem zwiedzić wreszcie "ósmy cud świata", czyli świątynie Angkoru. Szybko nauczyłem się szanować wodę, pierwsze półtora litra zużyłem zanim dojechałem do pierwszej świątyni. Po drodze była ciekawa konstrukcja rzeczna - chyba stary młyn:

I wreszcie świątynie, na początku nie zbyt imponujące - bo tak postanowiłem zwiedzać, poczynając od najmniejszych stopniowo poprzez coraz większe aż do legendarnego Angkor Wat.




C.d. w następnym poście, już chyba starczy zdjęć jak na jednego posta.