Tak więc moi drodzy nocnym autobusem z Makassaru wyruszyłem w dziesięciogodzinną podróż ku Rantepao, sercu Tana Toraja. Tana Toraja to górzysta kraina położona w środkowo-zachodniej części Celebesu. Jest to drugi, może trzeci region w Indonezji pod względem międzynarodowej turystycznej sławy. To zaś zawdzięcza przede wszystkim unikalnej kulturze swoich mieszkańców - ludu Toraja i w mniejszym stopniu urokliwemu krajobrazowi. Torajanie to lud oficjalnie chrześcijański, ale pod względem kultururowym wciąż niemal animistyczny. Międzynarową sławę przyniosły mu tradycje pogrzebowe - pogrzeby są kilkudniowymi festiwalami podczas których na cześc zmarłego składa się w ofierze kilka-kilkadziesiąt (w ekstremalnych przypadkach kilkaset) bawołów i jeszcze więcej świń, liczba zależy od bogactwa rodziny nieboszczyka. Po takimż pogrzebie przychodzi pora na równie niecodzienny pochówek - najpopularniejszą jego wersją są komory wykute poziomo w skale, ale istnieją również grobowce w kształcie domu i pochówki w drzewach. W pewnym skrócie i uproszczeniu można powiedziec ża Torajańskie wierzenia nt. zmarłych są podobne do tych które mieli starożytni Egipcjanie - praktykuje się tu nawet formę mumifikacji. Pierwszego popołudnia postanowiłem zwiedzic samodzielnie południowe okolice Rantepao. Oczywiście w recepcji powiedziano mi że nie ma mowy żebym zdążył zwiedzic 3 albo 4 miejsca w jedno popołudnie, dwa to max a i to tylko jeśli nie będzie padac. Padało, ale w porównaniu do ulew w Bandungu to była marna mrzawka więc założyłem kurtkę i ją olałem. Tym sposobem bez pośpiechu zwiedziłem 3 miejsca a zdążyłbym zwiedzic cztery przed zmrokiem gdybym o 17 nie był już zmęczony. Typowy cmentarz - każda dziura z drzwiczkami to komora grobowa dla jednej rodziny: Grobowiec w kształcie domu:Tak, te tradycyjne groby są cały czas w uzytku - świeży pochówek:
Kolejny tradycyjny cmentarz: I wnętrze katakumbów dla biednych których nie stac na wykucie grobowca: Katakumby znajdują się poniżej komór grobowych. Generalnie wysokośc na której jest się pochowanym odzwierciedla hierarchię społeczną - arystokrację grzebie się w komorach na niebotycznych wysokościach. Dla porównania zdjęcie całej skały z zaznaczonymi odrębnymi "cmentarzami":
Starczy już chyba cmentarnych klimatów na dziś, czas na widoki i tradycyjne domostwa: Jeden z domów powyzej miał na belce kolekcję bawolich szczęk. Nie pytajcie po co, nie wiem, Torajanie są dziwni. Następnego dnia postawnowiłem zostac grzeczniejszym turystą i wybrac się na północ z przeowdnikiem (jako że brak tam większych osad i jest górzysto, ciężko byłoby polegac na komunikacji publicznej). Tutaj mała dygresja - rzecz jasna nastepnego dnia znalazłem przewodnika tańszego i lepszego, czyli tego dnia przepłaciłem. Wiele jeszcze razy miałem takie sytuacje gdy tuż po wyjściu z baru dostrzegałem tańszy i z lepszym jedzeniem, albo po check-oucie z hotelu znajdowałem tańszy. Tak to już chyba jest że kiedy człowiek przyjeżdża gdzieś po raz pierwszy to nie znając miejsc, przepłaca.Wracając do głównego wątku - kobiecina ta (mój przewodnik znaczy się) nie umiała jeździc na motorze. Jako że ja też jeszcze nie umiem (powinienem już dawno się nauczyc ale lenistwo póki co góruje), byliśmy zmuszeni iśc ponegocjowac z ojekami (moto-taxi). Zacytowana przez nich cena była żenująco wysoka (co nie wzruszyło przewodniczki, w końcu to ja miałem płacic), więc zacząłem kombinowac jakby tu zaoszczędzic. I wtedy właśnie usłyszałem zza pleców wołanie dwóch Indonezyjek które poznałem w autobusie. Właśnie wynajęły motor i planowały udac się w ten sam rejon, ale nie miały przeowdnika. Jako że obie umiały jeździc, wynegocjowałem że one wynajmą drugi motor, zapłacą za wynajem i benzynę i będą prowadzic, a ja zapłacę za przewodniczkę. Tym sposobem wyruszyliśmy w czteroosobowym składzie na północ, która dostarcza doprawdy pięknych widoków: Megalityczne święte miejsce przed-chrześcijańskiej religii Torajan (w tle chatka służąca dawniej do składania ofiar bożkom):
A to powyżej to rzecz fascynująca - święte drzewo w którym grzebano zmarłe noworodki i małe dzieci. Torajanie wierzyli że tak długo, jak żyje drzewo, tak długo dzieci żyją w nim czerpiąc z jego sił życiowych. W związku z tym drzewa nie wolno ściąc bo to byłoby równoznaczne z "zamordowaniem" "mieszkających" w nim dzieci. Trochę szalone, trochę marzycielskie, bardzo dobre ekologicznie - to drzewo jest ewidentnie najstarsze ze wszystkich w okolicy, więc jak widac tabu dało pozytywne skutki - inne drzewa w jego wieku już dawno ścięto i przerobiono na domy.
Na zakończenie przewodniczka zabrała nas na pokaz przędzenia do sklepu z tradycyjnymi tkaninami w nadzieji dorobienia trochę (sklepy zwykle odpalają jakieś 5-10% przewodnikom którzy przywożą klientów, standardowa praktyka w Azji). Niczego nie zarobiła tym razem. To by było na tyle w tej części, i tak się już zbytnio rozpisałem jak na jednego posta. W następnej części poleje się krew, obiecuję!
Trzy tygodnie temu zdecydowałem się po raz kolejny przełożyc wybranie się na Bali (ciekawe czy w końcu tam kiedyś dotrę? ;D ) i skierowac się na Celebes. Z początku Sebastien deklarował chęc przyłączenia się ale koniec końców odpisał że nie ma teraz dośc pieniędzy i po raz kilejny zmuszony byłem podróżowac samotnie. Dzięki informacji od Claudio (TImorczyk z piętra wyzej) dowiedziałem się że nasz wspólny znajomy Farid (człowiek z Makassaru studiujący w Bandungu na ITB) był w ów czas w Makassarze. Toteż skontaktowałem się z nim i załatwiłem sobie tym samym odbiór z lotniska i darmowy nocleg :) Planowałem prosto z lotniska udac się na zwiedzanie Makassaru ale ulewa szybko zrewidowała moje plany. Zapomniałem wspomniec że na Sulawesi leciałem z nadzieją że pogoda będzie tam lepsza niż w Bandungu... Toteż pojechaliśmy do jego domu, wieczorem wpadliśmy jeszcze odwiedzic jego rodzinę, co z kolei pomogło mi w zorganizowaniu transportu do Pantai Bira, a nawet noclegu w tejże. Otóż wynajęliśmy na spółę z Faridem samochód, co zorganizował mąż jego siostry. Cena rozsądna, szkoda tylko że Farid "zapomniał" wspomniec że zabierze z nami pół swojej rodziny... Cóż, typowe. Toteż dnia drugiego moja samotna wyprawa przetransofromowała na krótko w wypad familijny (serio, jechaliśmy w 10 osób, z czego 5 to dzieci). Dojechaliśmy na miejsce chwilę przed zachodem słońca, a i to tylko dlatego że ostudziłem zapędy Farida do niezwłocznego odwiedzenia mieszkającej w pobliżu rodziny. Dla Indonezyjczyków dwie są rzeczy wyraźnie ważniejsze niż dla Europejczyków: jedzenie i płytkie kontakty towarzyskie, zwłaszcza z rodziną. Nie sposób wytłumaczyc przeciętnemu Indonezyjczykowi że śpieszymy się aż tak że nie ma czasu na zjedzenie obfitego obiadu. Na to zawsze jest czas. Tak samo nie ma sposobu wyłumaczyc że oglądanie zachodu słońca nad morzem jest ciekawsze niż jedzenie krakersów i gawędzenie o niczym z wujkiem siostra męża cioci siostrzenicy ojca. Jedyny sposób by przekazac komunikat to wyraźne zasygnalizowanie niezadowolonia tonem, a i to, choc odnosi skutek, jest niewskazane, bo pozostawia Indonyzejczyków ze zszokowaną miną. Przerwa na zdjęcia: Tradycyjne domy z południowego Celebes. Bardzo podobne do tych z północnej Jawy i południowej Sumatry, podejrzewam że również do tych z Malezji. Wszystkie mieszkające w takich domkach grupy etniczne mają kilka cech wspólnych - po pierwsze używają dialektów języka staromalajskiego które są do indonezyjskiego zbliżone o wiele bardziej niż inne lokalne języki. Dla porównania język bugis (płd.Celebes) ma się do indonezyjskiego jak góralski do polskiego, podczas gdy język sundajski (zachodnia Jawa) czy jawajski (reszta Jawy) mają się do indonezyjskiego jak hindi do norweskiego, czyli niemalże nijak. Druga "wyróżniająca" ich cecha to że są najbardziej miałkimi kulturalnie grupami etnicznymi. Wszystkie wymienione regiony (płd.Sumatra, płd-zach.Celebes, półwyspowa Malezja) pod względem tradycyjnej kultury mają do zaoferowania prawie nic, albo zupełnie nic. Przyznają to nawet sami mieszkańcy.
Poszliśmy spac, które to spanie skutecznie umożliwiał wrzeszczący siostrzeniec Farida. Ech... Przynajmniej w ramach okazania szacunku dla sponsora wycieczki (jakby nie patrzec, płaciłem za pół samochodu, zajmując 1/10 miejsca) przyznano mi własne łóżko podczas gdy większośc spała na podłodze (załatwili od jakiejś dalekiej rodziny zgodę na przenocowanie za darmo w ich daczy - jeden szkopuł, miała tylko trzy łóżka na wyposażeniu). Rankiem wstaliśmy z zamiarem morskiej kąpieli. Ja sobie popływałem jakieś pół godziny, które oni spędzili na nadmuchiwaniu kółek dla dzieci. Kiedy wyszedłem na brzeg się wysuszyc, miałem okazję w spokoju poobserwowac ich kiedy z podziwu godną odwagą uskuteczniali mrożącą krew w żyłach, niemal samobójczą w swej ryzykowności kąpiel morską w stylu indonezyjskim: Zwróccie proszę uwagę na doskonale dopasowane i hydrodynamiczne stroje kąpielowe. Może przy okazji wspomnę że przed wizytą w Pantai Bira zdołałem jakimś cudem spędzic siedem miesięcy w Indonezji nie będac ani razu nad morzem. Po tej jakże inspirującej kąpieli spakowaliśmy manatki i wyruszyli w drogę powrotną. W ramach ilustracji typowy widoczek krajobrazu w okolicy Makassaru: Po drodze udało się mi nakłonic ich do zjechania na chwilę w stronę tradycyjnej stoczni (odwiedzenie której było zresztą głównym powodem dla którego w ogóle chciałem do Pantai Bira pojechac). W stoczni tejże dziedzice sławnej tradycycji marynarskiej Bugisów budują wciąż drewniane łodzie z kadłubami konstruowanymi bez użycia gwoździ. Potem rzecz jasna montuje się do tego silnik bo który rybak w dzisiejszych czasach ma czas czekac na pomyślny wiatr w żaglach... Niemniej jest to żywa tradycja która w Europie już dawno wymarła: Po strzeleniu odpowiedniej ilości fotek pojechaliśmy w podróż powrotną, wpadając jeszcze po drodze na obowiązkową wizytę podziękowalną do tejże ich dalekiej rodziny która użyczyła nam swojej daczy do spania. Rodzina ta mieszkała w bardzo fajnym tradycyjnym domu: Po powrocie do Makassaru i zakupieniu biletu do Rantepao (najważniejsze miasto w regionie Tana Toraja, o którym w części nastepnej opowieści) udałem się z Faridem obejrzec atrakcje turystyczne Makassaru. Te okazały się niezbyt fascynujące, Fort Rotterdam to no cóż, zwykłe stary fort, zaś port rybacki Makassaru był chyba najohydniej śmierdzącym miejscem w jakie mi się w życiu zdarzyło trafic. Jeszcze odwiedzony przed wyjazdem do Pantai Bira pałac radży Gowa o którym zapomniał wspomniec wcześniej:
Częśc z Was zna już całą historię ale nie wspominałem o tym do tej pory na blogu, więc streszczę:
Trochę ponad miesiąc temu dostałem smsa od znajomego Polaka który mieszkał parę miesięcy w Bandungu. Pisał że dostał propozycję pracy, ale nie może jej przyjąc bo kończy mu się wiza i w związku z tym musi opuścic Indonezję. Pytał również czy ja bym się jej nie podjął. A była to następująca propozycja: wygłoszenie wykładów nt. polskiej edukacji na dwóch seminariach w Płd. Sumatrze. Termin - połowa lutego, płaca - bardzo dobra, hotele i bilety lotnicze gratis. Rzecz oczywista, zgodziłem się żeby przekazał im mój nr komórki i czekałem na wiadomośc od nich. Jako że nie odezwali się cały tydzień, poleciałem na Płn. Sumatrę przekonany że albo mnie nie chcą albo jeszcze jest dużo czasu. Tymczasem... w czasie podróży do Bukittinggi dostałem smsa że owszem, chcą mnie na dwa seminaria, ale na początku lutego...aduh! Oczywiście chcieli dostac wersję wordową i powerpointową mojej "pracy", która przecież jeszcze nie istniała. Tak więc mój drugi i trzeci wieczór w Bukittinggi upłynęły w kawiarence internetowej na pośpiesznym tworzeniu prezentacji. Do Bandungu mogłem wrócic tylko na dwa dni żeby się przepakowac i oddac brudne rzeczy do prania. Oraz zakupic reprezentacyjne ciuchy, również w pośpiechu. Następnie spotkanie z moją tłumaczka (mówiłem, rzecz jasna, po angielsku) i samolot do Palembang. Tam powitanie iście królewskie, klimatyzowana fura, świetny hotel, oficjalna atmosfera... czułem się jakbym był na delegacji. Seminaria były "międzynarodowymi konferencjami nt. edukacji", oczywiście byłem jedynym przemawiającym nie-Indonezyjczykiem, więc to moja obecnośc dodawała przymiotnik "międzynarodowe". Wszystko to tak naprawdę było wielką farsą, o czym wiedzieliśmy zarówno my, jak i organizatorzy i nawet publicznośc. Publiczności (grono indonezyjskich nauczycieli na jakichś zadupiach w Płd. Sumatrze) zależało tylko na certyfikatach rozdawanych po zakończeniu, których potrzebują zebrac kilka by móc przystapic do egzaminu na nauczyciela dyplomowanego. Nam i organizatorom zależało rzecz jasna na pieniądzach ;P Tak więc poznałem trochę istotnych ludzi, wygłosiłem dwa nikomu niepotrzebne wykłady, popozowałem do tysiący zdjęc po zakończeniu swoich wykładów (teraz już rozumiem co to znaczy przemęczyc mięśnie podnoszące wargi, po dziesieciu minutach nieustannego uśmiechania się mięśnie nie dają już więcej rady), zgarnąłem zgrabną kupkę kasy i wróciłem do Bandungu, gdzie obecnie siedzę z bolącym gardłem. Przeskakiwanie z klimatyzacji do upału i na odwrót szkodzi zdrowiu... Parę zdjęc z wykładów, bo okolica jest wyjątkowo nieinteresująca i niefotogeniczna, a i czasu na zwiedzanie nie było:
Harau leży relatywnie blisko Bukittinggi na mapie, ale w praktyce przedostanie się do niego jest sporą wyprawą. Najpierw musiałem dojechac angkotem z hotelu na stację autobusową. Następnie autobusem do Payakumbuh, kolejnym angkotem w Payakumbuh na bazar, stamtąd kolejny minivan wreszcie bezpośrednio do Harau, ufff. Niemniej, warto. Oj, jak bardzo warto. Zdecydowanie jedno z najpiękniejszych i najprzyjemniejszych miejsc jakie w życiu odwiedziłem. Dolina ta otoczona jest formacjami skalnymi o nachyleniu bliskim 90 stopni, tworząc swoisty raj dla wspinaczy. Zwykli turyści też mają co podziwiac, jako że w zasięgu spaceru jest 10 (słownie: dziesięc!) dużych wodospadów. Jest tylko jeden zorganizowany nocleg: Echo Homestay, jedno z najwspanialszych miejsc w jakich w życiu spałem. Ludzie są życzliwi, jeszcze życzliwsi gdy zrozumieją że przybysz mówi po indonezyjsku. Okolica niebywale sprzyja relaksowi, bardziej niż jakiekolwiek znane mi miejsce w Indonezji. Ruch zmotoryzowany śladowy, dookoła senne wioski, wybiegajace z lasu małpy, latające wszędzie cudowne motyle, cisza, relatywnie nieskażona natura, niewiele śmieci... Tak zapewne wyglądała Azja Płd-Wsch kiedy zachwycali się nią pierwsi dwudziestowieczni podróżnicy, zanim technologia pozwoliła miejscowym ludom rozmnożyc się ponad miarę... Na początek sam Echo Homestay:
I jedziemy z widokami:
Niestety już po dwóch dniach musiałem opuścic to cudowne miejsce bo goniły mnie terminy. Dzięki (darmowej!) pomocy lokalnego farmera zdążyłem zobaczyc wszystko (podwiózł mnie wszędzie na motorze), a dzięki pomocy spotkanych w Harau przewodników - wrócic do Bukittinggi bezpośrednio, bez trzech przesiadek. Jeden z ich klientów zostawał w Harau na noc (mądra decyzja!), więc mieli wolne miejsce na motorze, które z radością mi udostępnili w zamian za zwyczajowe benzynę i obiad. W Bukittinggi przespałem się jeszcze jedną noc w tym samym hotelu po czym wczesnym rankiem odjechałem zakupionym wraz z biletem lotniczym bustransferem na lotnisko w Padang. Stamtąd do Jakarty, z niej kolejnym busem do Bandungu. Tym sposobem opuszczając hotel przed 6 rano w Bandungu byłem o 16... Niemniej, nie ma jak w "domu" ;) "W domu" spędziłem tylko dwa dni przed kolejnym wyjazdem, co opiszę w następnym poście.
Trzymajcie się wszyscy ciepło w naszej ojczyźnie, tropikalne pozdro!
Bukittinggi (prowincja Sumatra Zachodnia, kuriozalnie położona bardziej na wschód niż Sumatra Północna) to małe miasto leżące w środku górzystej krainy będącej ojczyzną ludu Minangkabau - największej matrylinearnej społeczności na Ziemi. Postanowiłem wybrac się tam autobusem, aby zaoszczędzic pieniążki. Porównanie 700 000 za samolot z 200 000 za autobus wydaje się kuszące... ale tylko wydaje. Autobus wedle zapewnień bileterów jedzie 15 godzin, wedle doświadczenia innych podróżników 20 godzin, a w moim przypadku... o tym później. Trasa wiedzie niesławną "Autostradą" Transsumatrańską, legendarną wręcz wśród podróżników przez niebywale zły stan nawierzchni. I zasługuje na tę niesławę całkowicie. Droga jest wąska jak nasze lokalne, dziurawa do granic możliwości, zatłoczona i na dodatek pełna serpentyn wijących się wśród sumatrańskich łańcuchów górskich. Odczucia w trakcie nocnej jazdy były szokująco podobne do nocnych sztormów jakie przeżyłem w Norwegii, z jednym wyjątkiem - na jachcie można sie położyc żeby zneutralizowac kołysanie, w autobusie nie. W związku z tym w czasie całej podróż przespałem może dwie godziny, a i to nad ranem. Obudziłem się wczesnym rankiem, kiedy nasz autobus stał na poboczu w gigantycznym korku... Który to korek wywołała ciężarówka która zepsuła się idealnie na środku tej wąskiej drogi, efektywnie blokując jakikolwiek ruch oprócz motocyklowego. Miałem dzięki temu okazję strzelic foto "Autostradzie":
Oczywiście w Indonezji pomoc drogowa jest nieznanym konceptem, w związku z czym staliśmy tak trzy bite godziny aż kierowcy uporali się z naprawą ciężarówki. Toteż moja wyprawa do Bukittinggi trwała szalone 23 godziny i pozostawiła ledwie żywym. W Bukittinggi znalazłem tylko w miarę tani hotelik prowadzony przez lokalnego Niemca i walnąłem się spac. Wieczorem wyszedłem coś zjeśc i oczywiście natknąłem się na chmarę szukających zajęcia przewodników. Świadom że tym razem mam więcej pieniędzy niż czasu, umówiłem się z jednym z nich na wycieczkę motocyklową za 150 000 rp (w tym 70 000 za wynajem motoru) następnego dnia. Tak więc następnego dnia wyruszyliśmy najpierw do pobliskiego kanionu
Następnie do rzemieślniczych wiosek poszukac pamiątek i pooglądac budynki:
I głównego celu którym było jezioro Maninjau. Widoki po drodze też były zacne, a zjazd nad brzeg jeziora liczący sobie 42 numerowane zakręty w kształcie "U" doprawdy epicki.
Jezioro Maninjau jest miejscem uderzająco pięknym i spokojnym, żałuję że nie miałem więcej czasu by nad nim wypocząc... Może następnym razem. Wczesnym wieczorem wróciliśmy do Bukittinggi, dzięki czemu zdążyłem jeszcze obejrzec spektakl tradycyjnej muzyki i tańca ludu Minangkabau:
Najlepsze video jakie znalazłem, wciąż niezbyt dobre:
Na nastepny dzień zaplanowałem sobie wyprawę do doliny Harau, to już w nastepnym poście...