wtorek, 15 lutego 2011

Indonezja po raz drugi - cz.2, Solo, Malang, Gunung Lawu

Postanowiłem zrobić jeszcze postój w Solo, innym historycznym mieście nieopodal Yogyakarty. Główny Kraton (pałac) był akurat tego dnia zamknięty dla zwiedzających więc ograniczyłem się do zwiedzenia drugiego pod względem znaczenia kratonu Mangkunegara. Ród nim władający słynie z wyjątkowego upodobania do europejskich wpływów. Oprowadzał mnie zaskakująco bystry młody chłopak, chyba dorabiający sobie do czesnego student. Sam pałac nie był nadmiernie interesujący:


Podobnie nudnawa była większość eksponatów w salach z przedmiotami użytkowymi - może poza gablotką zawierającą złote pasy cnoty dla sułtanowej i sułtana (!). Ten drugi zresztą śmiesznie malutki... Nastepna sala zawierała dzieła sztuki i było nieporównanie ciekawsza od wszystkich poprzednich, po pierwsze ozdobiona była świetnymi witrażami o rodowicie indonezyjskiej tematyce:


Po drugie zawierała chyba najwspanialsze arcydzieło jakie dane mi było zobaczyć w Indonezji. Ilość szczegółów i ogólna precyzja wykonania zapiera dech w piersiach:

Zbliżenie na mały fragment całości:


Wyprzedzę może pytania i napiszę od razu że ten przedmiot nie ma żadnego użytku, to po prostu kieł słonia w całości pokryty misternymi rzeźbieniami.
Obok pałacu stoi bardzo klimatycznie wyglądająca pamiątka po czasach kolonialnych:

"Kavallerie - Artillerie" :)
Przeszedłem się jeszcze po okolicy i pod tak pobieżnym zwiedzeniu Solo czas był udać się do Malang w gościnę u rodaków - Krzysia i Hani (w tym miejscu jeszcze raz wielkie dzięki!). W Malang spędziłem kilka dni leniąc się i planując dalszą podróż przy pomocy internetu. Przy okazji poznałem też Marcina, miejscowego Polaka, człowieka z fascynującym zyciorysem - czystej krwi Polak, urodzony na Madagaskarze, wychował się w Australii, mieszka w Indonezji. W Polsce pierwszy raz w życiu był w zeszłym roku ale mówi po polsku całkiem nieźle. Tak przy okazji gdyby ktoś akurat kończył studia i szukał stażu w jakimś interesującym miejscu to Marcin może
Wam takowy załatwić w Indonezji: http://www.internship-indonesia.com/indexpl.php

Z Malangu wyruszyłem najpierw na wycieczkę w pobliskie góry, konkretnie okolicę Gunung Lawu. Góra ta jest znanym hinduistycznym sanktuarium, na jej stokach znajduje się kilka starych świątyń a jej szczyt jest co roku celem masowych pielgrzymek. Albo raczej: masowych jak na hinduizm w Indonezji bo jak wiemy pod naporem islamu hinduistów pozostało niewielu. Zwiedziłem dwie najważniejsze spośród świątyń, Candi Sukuh i Candi Ceto. Candi Sukuh jest sławna (bądź też niesławna, zależnie od przekonań) ze swojego niczym nie zamaskowanego erotyzmu. Fakt ten sprawił że purytańscy muzułmanie zdemolowali ją jeszcze bardziej niż resztę hinduskich świątyń na zislamizowanych terenach. Candi Ceto jest najmłodszą na Jawie świątynią hinduistyczną (ma jakieś 500 lat) i wyróżnia się specyficznie średniowiecznym nastrojem. Nie wiem czy to kwestia dachów czy planu architektonicznego ale zdecydowanie ma w sobie coś przywodzącego na myśl poczciwe europejskie średniowiecze. Czas na zdjęcia: Candi Sukuh:


Widoki po drodze między świątyniami też były niczego sobie:


Candi Ceto:


Takich bram jak ta powyżej jest w Candi Ceto kilka, ułożonych na jednej osi co daje ze szczytu świątyni wspaniały widok. Niestety, właśnie gdy miałem go uwiecznić bateria w moim aparacie odmówiła posłuszeństwa i skorzystam tu ze zdjęcia znalezionego w google dla ilustracji:


Tego samego wieczoru postanowiłem rzucić wyzwanie samej Gunung Lawu. W Indonezji tradycyjnie wspina się nocą by wejść na szczyt przed wschodem słońca i móc go już stamtąd podziwiać. Nałądowałem więc akumulator aparatu, ubrałem się najcieplej jak mogłem, kupiłem butlę wody i kilka batoników, zabrałem latarkę i ruszyłem na mototaksówce ku punktowi startowemu szlaku. Na miejscu byłem chwilę po północy, napiłem się jeszcze kawy w przesympatycznym warungu przy ulicy i wyruszyłem w trasę. Wspinanie się samotnie w całkowitych ciemnościach było interesującym przeżyciem. Samotność jednak była niewielkim problemem w porównaniu z dojmującym chłodem. Indonezja to co prawda kraj tropikalny ale nawet tam noc na wysokości powyżej 2000 m jest lodowato zimna. Ratunkiem były spotykane przez mnie co kilka kilometrów grupy biwakujących Indonezyjczyków którzy hojnie częstowali mnie gorącą herbatą. Niezmiennie ta sama rutyna - "Ty chcesz się wspiąć na sam szczyt w 6 godzin?! Zwariowałeś?! Weź chociaż trochę ciepłego picia..". W oczach Indonezyjczyków wspięcie się na szczyt w 6 godzin (tyle podawał przewodnik i tyle mi to faktycznie zajęło) było wyczynem godnym supermena. Oni robili to w swoim niespiesznym stylu, wspinając się 2-3 dni i kolejny dzień schodząc. Oczywiście idąc na trzy dni w las brali ze sobą namioty, śpiwory, kuchenki gazowe, etc. Zastanawiam się czy to przypadkiem nie masa całego tego ekwipunku była głównym powodem dla którego nie umieli wspiąć się na szczyt tak szybko jak ja, wyposażony tylko w aparat, paszport, kilka batonów i butelkę wody. Co jest przyczyną a co skutkiem? Czy biorą ekwipunek bo wejście na szczyt zajmuje im 3 dni czy też wejście na szczyt zajmuje im trzy dni bo biorą tony ekwipunku?
Samego wschodu ze szczytu nie zobaczyłem pomimo że zdążyłbym na czas bo zgubiłem ścieżkę i zamiast tej prowadzącej na szczyt wszedłem na taka która kończyła się wewnątrz jaskini... Co przypadkiem zaowocowało niezłym wydaje mi się zdjęciem wschodu słońca widzanego z wnętrza jaskini:

Jako że wschód zwiększył dramatycznie widzialność znalazłem prędko właściwą ścieżkę i znalazłem się w pobliżu szczytu zanim słońce wstało na dobre:

Głównym powodem dla którego szczyt należy osiągnąć przed świtem, oprócz oczywiście możliwości podziwiania świtu, jest fakt że tylko przez kilkadziesiąt minut po świcie można podziwiać panoramę Jawy na dole - później zakrywają ją gęste chmury:


Pod samym szczytem znajduje się śliczna wioska, co niezmiernie mnie wówczas zaskoczyło. Czego jak czego ale Indonezyjczyków mieszkających na wysokości 3000 metrów n.p.m. się nie spodziewałem. Jeszcze mniej spodziewałem się zobaczyć tam należącą do ekscentrycznego Anglika chatkę z recyklowanych odpadów:

Niestety, właściciela nie było tego dnia w domu.


A oto zmęczony ale szcześliwy Jasio na szczycie najwyższej góry na jaką do tej pory udało mu się wdrapać:

3265 m.n.p.m.

Zjadłem w wiosce pożywną zupkę chińską, umyłem się w strumyku i zszedłem na dół. Schodząc w dół spotkałem Indonezyjczyków którzy częstowali mnie herbatą poprzedniej nocy. Zdawali się być pod sporym wrażeniem. Wróciłem do hotelu i padłem jak nieżywy. Dałem radę się wspiąć i zejść w ten sam dzień ale kosztem wrednych zakwasów.

Indonezja po raz drugi - Prolog, jeszcze raz w Yogyi

Czas na dalszą część wspomnień. Wspomnień... pisząc "wspomnienia" czuję się jakbym był jakimś emerytem; muszę jak najprędzej się gdzieś wybrać bo bezruch w którym tkwię jest jak trucizna.
W każdym razie owego słonecznego majowego dnia zeszłego roku powróciłem "na łono" Indonezji. Ze świeżutką miesięczną wizą w paszporcie, nie do końca sprecyzowanymi planami podróży w głowie, wykrwawionymi po nieprzewidzianych wydatkach oszczędnościami na koncie i 27 dniami pozostałymi do odlotu do Polski na liczniku wkraczałem w ostatnią fazę tamtej podróży. Zamierzałem rozpocząć podróż od przelotu do miasta Kupang na Timorze bo to jedyne miasto w interesującym mnie regionie które ma bezpośrednie, regularne i rozsądnie wycenione połączenia lotnicze z Jakartą. Niestety nie mogłem kupić biletu z wyprzedzeniem, ponieważ okazało się że biletów na wewnątrz-indonezyjskie linie lotnicze w tajskich biurach podróży kupić się nie da (ze względu na jakieś kretyńskie regulacje akceptuje się płatności internetowe tylko z indonezyjskich kart kredytowych). Toteż lądowałem późnym popułudniem w Jakarcie z nadzieją że uda mi się dorwać bilat do Kupang na następny dzień w cenie podobnej do tych które widziałem w internecie (200-300 zł) i jakoś przeżyć noc na lotnisku. Pierwsze linie które zapytałem miały bilet na rano za 500 zł, więc podziękowałem i poszedłem do kolejnych biur. Gdzie okazało się że nie miałem czego szukać - pozostałe linie były albo jeszcze droższe albo w ogóle nie miały już biletów na jutro. Zrezygnowany wróciłem do biura pierwszej linii... tylko po to by dowiedzieć się że bilet na który liczyłem został już w międzyczasie sprzedany. Powinienem był bez zbędnych wątpliwości kupić ten bilet za 500, z dzisiejszej perspektywy wiem że zaoszczędziłoby mi to i pieniędzy i czasu. Polak mądry po szkodzie. Jako że zostałem na lodzie, postanowiłem wykonać wyprawę odwrotnie niż planowałem - czyli zacząć w Jakarcie a skończyć w Kupang. Taki przynajmniej był plan...
Pojechałem do Bandungu busem, w drodze układając schemat na następne kilka dni. Zamierzałem przede wszystkim być w Bandungu tak krótko jak to tylko możliwe - gdyby po mięsiącu nieobecności dorwali mnie znajomi (zwłaszcza Ibu i Pak Soentoro) to kilka dobrych dni minęłoby zanim znów wyruszyłbym w trasę. Wobec tego zadzwoniłem tylko do Sebastiena (znajomy Argentyńczyk) spytać czy mnie przenocuje i usływaszy zgodę kupiłem bilet na nocny pociąg do Yogyakarty. Sebastien odebrał mnie z dworca na swoim nowym skuterze i powiózł na wieś na której mieszkał z parą innych expatów. Przez wieś rozumiem dosłowną wieś - byli chyba jedynymi studentami Darmasiswy w tamtym roku których dom znajdował się dosłownie na środku pola ryżowego. Co oczywiście miało wiele uroku, zwłaszcza dla kogoś kto po wielu dniach nieprzerwanej podróży chciał się wreszcie wyspać w ciszy i spokoju. Z przed domu rozciągał się wspaniały widok na wulkan Merapi (ten sam który niedawno wybuchł):

Pierwszy dzień poświęciłem więc na zasłużony wypoczynek. Drugiego dnia Sebastien jechał na zajęcia z gry na gamelanie na swoim uniwersytecie (studiował etnomuzykologię) i proponował żebym zabrał się z nim, na co z radością przystałem. Gamelan to tradycyjna indonezyjska orkiestra złożona głównie z instrumentów perkusyjnych i używana do grania tradycyjnego regionalnego odpowiednika naszej muzyki klasycznej. Tamtego dnia ćwiczyli na gamelanie balijskim:

Wieczorem powłóczyliśmy się po centrum, gdzie grupka studentów grająca by zebrać pieniądze na piwo urzekła mnie swoim kontrabasem:

Grali nieźle więc sporo od nas dostali. Na placu pod palacem sułtana kilka dni wcześniej postawiono ogromnego batikowego konia którego nie omieszkałem również sfotografować:

Naprawdę ogromny, na oko jakieś 5 metrów wysokości. I na tym w zasadzie skończyły się tamtego dnia atrakcje, resztę wieczoru spędziliśmy szukając tradycyjnego przedstawienia kukiełkowego które odbywało się ponoć gdzieś w okolicach pałacu ale za chińską republikę ludową nie mogliśmy znaleźć gdzie.
Następny dzień był dniem samego pałacu, ponieważ Sebastien w czasie gdy ja podróżowałem i zbijałem baki (no, może nie tylko, ale głównie) doskonalił swoje umijętności gry aż kilka tygodni przed moim przybyciem dostał się do jednego z zespołów gamelanowych grających na terenie pałacu, po cześci dla sułtana, po cześci dla turystów. W każdym razie dla obcokrajowca było to jak sądzę spore wyróżnienie. Zaowocowało to dla mnie dwiema rzeczami - po pierwsze mogłem spędzić wspaniały wieczór siedząc na środku sceny z całą orkiestrą gamelanową ćwiczącą na występ następnego dnia wokół i czuć się jak gdyby grali specjalnie dla mnie. Po drugie, Sebastien poznał sekrety wąskich uliczek Yogyańskiej starówki i zaprowadził mnie do absolutnie nieturystycznego (wręcz anty-turystycznego) sklepiku w zaułku w którym służba pałacowa zaopatruje się w wysokiej jakości batiki za nikły ułamek ceny którą za te same batiki turyści płacą ledwie kilometr stamtąd. Toteż kupiłem trzy piękne, pachnące jeszcze woskiem batikowe sarungi po 15 zł sztuka i z perspektywy czasu stwierdzam że był to mój najlepszy zakup w Indonezji w kwestii cena/jakość. Mam nadzieję że jeszcze kiedyś tam wrócę. Jeśli to zrobię to od ręki kupię dziesięć kolejnych. Czwartego dnia rano nieśpiesznie udałem się na autobus do Malang gdzie miałem już umówiony nocleg u rodaków.

środa, 9 lutego 2011

Tajlandia - kilka filmików na które dotąd nie było miejsca

Tytułem ilustracji bo zawsze łatwiej sobie wyobrazić cała sytuację oglądając wideo niż zdjęcia, kilka krótkich nagrań z Tajlandii których do tej pory nie zamieściłem. Na początek buddyjscy mnisi śpiewający pieśni w świątyni:



A poniżej urywek przezabawnego serialu dla młodzieży jaki miałem szczęście zobaczyć pewnego wieczoru. Mina tego kolesia po lewej jest genialna ;D



Krótkie nagranie z niskobudżetowego spektaklu pod kaplicą złotego wacka, Tajowie zwykle opłacają takie spektakle w podzięce niebiosom za spełnienie ich próśb, trochę tak jak Polacy wysyłają złote wota do bazylik maryjnych:



I na koniec nagranie z przejażdżki łódką na przylądek Railay:

środa, 2 lutego 2011

Polski absurd

Przerywam tymczasowo tok opowieści żeby podzielić się z czytelnikami genialnym i niezwykle pouczającym materiałem. To dobry materiał poglądowy dla tych którzy pytają dlaczego chcę uciekać z Polski.

wtorek, 1 lutego 2011

Tajlandia, Cz.5 - Podróż na południe, Krabi i okolice

Wróciłem wczesnym wieczorem do Bangkoku z zamiarem dostania się na nocny autobus do Krabi. Szkopuł w tym że Bangkok ma trzy terminale autobusowe - północny, południowy i wschodni, zależnie od kierunku w którym wyjeżdżają autobusy. Terminale nie są bynajmniej położone w jednym budynku, gdzieżby, są rozrzucone po całym mieście. Autobus z Ayutthayi zostawił mnie na północnym terminalu, z którego miejskimi busami zacząłem się przedzierać na południe, z zamiarem zapytania się gdzie dokładnie jest południowy terminal dopiero gdy dojadę do centrum miasta. Bo to przecież logiczne że jeśli jeden terminal jest "północny" a drugi "południowy" to pomiędzy nimi jest centrum miasta, czyż nie? Okazało się że jednak nie jest to takie oczywiste dla Tajów i "południowy" terminal autobusowy Bangkoku znajduje się... w północno-zachodniej części miasta. O tym niestety dowiedziałem się dopiero na Hualamphong, fakt że nie sprawdzenie mapy przed wyjazdem to głupota z mojej strony, ale żeby terminal na płn-zach skraju miasta nazwać południowym to trzeba być Tajem... W każdym razie szczęśliwie punkt gdzie wysiadłem i dowiedziałem się przykrej prawdy znajdował się pod dworcem kolejowym, toteż tam skierowałem swoje kroki i nadzieje.
Dworzec miał tablicę przyjazdów która rozczulała szczerością niespotykaną na PKP... otóż wśród kolumn oprócz zwykłych pozycji (rodzaj pociągu, skąd jedzie, godzina przyjazdu, opóźnienie) była jeszcze bonusowa kolumna pod tytułem "real arrival" czyli po naszemu - kiedy tak naprawdę przyjedzie. I fakt że ta kolumna zdawała się potrzebna, biorąc pod uwagę że kiedy tam byłem opóźnienia miało około 1/3 pociągów, w tym kilka dosyć spore:

Jako że nieplanowany odlot z Phuket nadwyrężył mój budżet dość mocno, postanowiłem pojechać drugą klasą. Byłem chyba jedynym białym który się tego dnia na to odważył, za to pierwsza klasa była pełna białasów. Klasa druga nie była może szczytem komfortu ale miała duże rozkładane fotele więc nie było na co narzekać, w sumie było tam wygodniej niż w naszych TLK.
Po kilkunastu godzinach i przesiadce na autobus (pociąg nie dojeżdżał tam gdzie zmierzałem) znalazłem się w Krabi w sam raz by podziwiać je rankiem. W samym Krabi nie było jednak niczego interesującego, może poza świątynią na wzgórzu:


Odnalazłem najtańszy hotel w mieście i spędziłem resztę dnia na spaniu i rozmowach ze starym angielskim globtroterem który opowiadał jak to w latach 70 żył ze szmuglowania ludzi z ZSSR do Japonii (może zmyślał ale i tak był uroczy). Następnego dnia wstałem wcześnie i wyruszyłem w pośpiechu złapać jakiś transport na wybrzeże, tak aby zdążyć jeszcze coś zobaczyć w ciągu tych 24 godzin jakie zostały mi do odlotu do Jakarty. Nie miałem dość czasu ani pieniędzy by wybrać się na którąś z osławionych wysepek, wątpię zresztą czy jest na nich coś takiego czego nie widziałem już w Indonezji. Wobec tego skierowałem się do Ao Nang, skąd można złapać łódź na pobliski półwysep Railay. Sama droga była piękna, okazała się zresztą ciekawsza od samego Ao Nang, zwłaszcza że oglądałem ją siedząc na naczepie jadącego z wariacką prędkością pick-upa.


Dotarłem do Ao Nan, przeszedłem się najpierw po plaży, która byłaby zwyczajna i nudna do bólu gdyby nie fascynujące znaki które zawsze chciałem zobaczyć na własne oczy:


"Strefa zagrożenia tsunami. W przypadku trzęsienia ziemi skieruj się na wzgórze lub wgłąb lądu"
Niezawodny internet dostarcza parodii:

"Strefa zagrożenia tsunami. W przypadku trzesięnia ziemi dalej dalej nogi Gadżeta"

W zatoczce obok cumowały łodzie przewożące turystów na półwysep Railey:


Na jedną z nich wsiadłem:

Pogoda nieco nie sprzyjała, ale Railay i tak było piękne. Podejrzewam że moja opinia o tym miejscu byłaby zdecydowanie gorsza gdybym trafił tam w szczycie zatłoczonego sezonu, ale tak się akurat trafiło że kiedy tam przyjechałem cały świat wciąż ekscytował się tajskimi zamieszkami, turyści bali się do Tajlandii przyjeżdżać i w efekcie Railay świeciło pustkami.

Spędziłem kilka godzin włócząc się po plażach i lesie po czym przyszedł czas by z żalem wrócić do Krabi, nie miałem już niestety czasu na nocowanie w Railay. Z Krabi złapałem autobus na Phuket, czyli mekkę turystyczną i miejsce z którego odlatywałem z powrotem do Indonezji. Po drodze też było trochę widoków:


Miałem jednak pewien problem - dojeżdżaliśmy do Phuket wczesnym wieczorem, kiedy nie kursowały już tanie busiki na lotnisko, na taksówkę nie było mnie stać, a autobus którym jechałem nie przejżdżał koło lotnika. Ale na wszystko jest metoda - poprosiłem kierowcę żeby wypuścił mnie jak najbliżej lotniska. "Jak najbliżej" okazało się być szczerym polem zaraz za napisem "witamy w Phuket", który zresztą uwieczniłem:

Stamtąd skierowałem się w stronę lotniska i złapałem na stopa sympatyczną Tajkę na motocyklu która akurat na lotnisku pracowała i podwiozła mnie pod sam terminal. Zostawiłem bagaż i poszedłem zobaczyć zachód słońca na plaży, całkiem przeciętnej zresztą. Nie rozumiem co turyści takiego widzą w Phuket że przyjeżdżają tam hordami. Potem już tylko noc na lotnisku (odlatywałem bladym świtem, nie opłacało się nocować w hotelu), swoją droga zresztą beznadziejnym lotnisku. Na tle lotniska w Singapurze gdzie wszystko jest darmowe (internet, woda pitna, nawet automatyczny masaż stóp) lotnisko na Phuket prezentuje się żałośnie, wielkością, wyglądem i jakością obsługi odpowiada Pyrzowicom.
W każdym razie bladym świtem poleciałem do Jakarty. Gdy przeszedłem już przez kontrolę i miałem w paszporcie świeżutką indonezyjską wizę, czułem się niemalże jakbym wrócił do domu.

piątek, 28 stycznia 2011

Tajlandia, Cz.4 - Ayutthaya

Przyjeżdżając do Ayutthayi po raz pierwszy znalazłem się w autentycznej Tajlandii, z dala od błyszczącej supernowoczesnej stolicy. Tam nie było już tak błyszcząco i różowo, za publiczny transport nie służyło metro, nadziemna kolej ani nawet klimatyzowane autobusy. W Ayutthayi tubylcy podróżują na przerobionych ciężarówkach zwanych songtchaew:

świątynie nie są już tak bogate i czyste, ani z zewnątrz ani wewnątrz:

A niektóre budynki wyglądają jakby żywcem wyrwane z PRL-u:


Przespałem się w niezwyklem tanim i całkiem sympatycznym hostelu i wyruszyłem na wierzchu świeżo wypożyczonego roweru obejrzeć to, po co tam przyjechałem - otóż w sercu Ayutthayi znajduje się olbrzymi park mieszczący ruiny pozostałe po pałacach i świątyniach miasta które jeszcze 250 lat temu było stolicą Tajlandii. Już nim nie jest ponieważ inwazja Birmańczyków zakończona zdobyciem, splądrowaniem i doszczętnym spaleniem Ayutthayi przekonała ówczesnego króla że musi przenieść stolicę w miejsce lepiej nadające się do obrony. I tak powstał Bangkok. Tymczasem ruiny pozostały i są jedną z topowych atrakcji turystycznych Tajlandii. Szczerze mówiąc, zawiodłem się. Park jest piękny, ale same ruiny są takie... zwyczajne, zupełnie nie mają klimatu właściwego Borobudur i Angkor Wat. Może wynika to z tego że są ceglane, ale w moim odczuciu nie są ani interesujące ani ładne:


Sam park jest bardziej warty uwagi:


Bardzo interesujące są też szczęśliwie nie splądrowane przez birmańskich najeźdźców zabytki po drugiej stronie rzeki, wśród nich piękna 400-letnia świątynia:

Za tą świątynią znajduje się drzewo które uznawane jest za jeden z cudów Tajlandii i miejsce niezmiernie święte, a to dlatego że dziwnym zrządzeniem losu drzewo to wyrosło na stupie i obrosło posąg Buddy, tak że teraz wystaje tylko jego głowa, przytulana przez korzenie:


W całym zwiedzaniu najprzyjemniejsza była chyba sama jazda na rowerze nad rzeką i kanałami.
A poniżej nieodłączny element tajskiej i khmerskiej religijności - przydomowa kapliczka służąca do karmienia duchów opiekuńczych. Taka mini-budowla znajduje się przy prawie każdym domu i budynku w kraju:


Pod jedną ze świątyń można było podziwiać poczet najwybitniejszych tajskich krolów:

Tak zaś wygląda tajski cmentarz:

Jeszcze tego samego dnia wieczorem wróciłem do Bangkoku z zamiarem złapania nocnego autobusu na południe kraju, ale o tym już w nastepnej części..