Tak więc zostałem wypuszczony z Indonezji i poleciałem do Singapuru. Tamże spędziłem 6 godzin, ale niestety w nocy, toteż nie widziałem prawie niczego - czytaj lotnisko i to co można zobaczyc sprzed jego wyjścia. Zdjęc nie ma ale będzie opis - otóż lotnisko w Singapurze jest niesamowite! Pominę ogromne rozmiary i dobry design by przejśc do tego co każdego Polaka zainteresuje najbardziej ( ;-) ) - gratisów. Otóż lotnisko to funduje pasażerom darmową wodę pitną z dystrybutorów przy łazienkach, darmowy internet bezprzewodowy, darmowe stanowiska komputerowe z internetem oraz... darmowe maszyny do masażu stóp. Zabrakło tylko darmowego jedzenia abym zapragnął zamieszkac tam na dłużej. Singapur z perspektywy lotniska był.. cóż, duży, wysoki, zagęszczony i jasno oświetlony. Ot, metropolia. Gdybym miał szczęście zmieniac lot w godzinach dziennych byłbym więcej zobaczył, albowiem lotnisko funduje też darmowe wycieczki busem po mieście.
Rano odleciałem do Bangkoku, który był akurat w trakcie zamieszek. Tutaj mała dygresja - chciałbym by wszyscy czytelnicy przypomnieli sobie teraz co można było usłyszec na temat w Europie... Że jest niemalże wojna domowa, że obcokrajowcy są ewakuowani, że wszystkie ambasady odradzają jakiekolwiek wyjazdy do Tajlandii... A jak to wyglądało w rzeczywistości? Tak jak przewidywałem, w jednej dzielnicy którą filmowały wszystkie agencje informacyjne było autentycznie źle i unosił się znad niej wiele mówiący dym, ale tymczasem w pozostałych 80% Bangkoku i 99% Tajlandii toczyło się zrelaksowanym tempem zwykłe życie, czego rzecz jasna nikt nie filmował ani nie opisywał. Nie od dziś wiadomo że nieoficjalne motto wszelkich programów informacyjnych brzmi "dobra wiadomośc to żadna wiadomośc". O tym że 99% Tajlandii było takie jak zawsze, czyli znacznie bezpieczniejsze niż polskie osiedla po zmroku, nikt nie wspomniał, ale tym że 1% opanowany był przez zamieszki podniecali się wszyscy.
Ja zaś nie mając pewności czego się spodziewac (trudno było dotrzec do rzetelnych informacji na temat sytuacji w Bangkoku) postanowiłem pojechac najpierw do Kambodży, a do Tajlandii wrócic później. Na lotnisku okazało się że co prawda tajska wiza jest dla Polaków za darmo (moc paszportu UE), ale wymagają zdjęc, których nie miałem. Tym samym zostałem zmuszony do zapłacenia kilkudziesieciu złotych za zrobienie ich na lotnisku, jak również wybrania pieniędzy z bankomatu. Dzięki czemu zetknąłem się po raz pierwszy ze złodziejstwem tamtejszych banków, które później okazało się byc powszechne - otóż banki tajskie naliczają sobie 12 zł od wybrania pieniędzy (do tego należy doliczyc stratę na przeliczaniu pieniędzy i haracz dla macierzystego polskiego banku), ale przynajmniej pytają czy się na to zgadzasz. W Kambodży ze złodziejstwem się już nie kryją - pierwszą rzeczą jaką wyświetla bankomat po włożeniu do niego karty jest komunikat "właśnie potrąciliśmy Ci 4 dolary za usługę". Czy jest opcja "nie, nie płacę, oddaj kartę"? Ależ oczywiście że nie ma. Jak pułapka, nawet sprawdzic stanu konta za darmo nie można.
Wracając do toku opowieści - wziąłem shuttle busa z lotniska na wschodni terminal autobusowy Bangkoku, żeby złapac busa na granicę z Kambodżą. Po drodze widziałem kilka barykad z opon, ciężarówkę pełną żołnierzy i dym unoszący się znad dzielnicy biurowej. Oraz sporo normalnego życia i zaskakująco czyste ulice. Nie wiem czy ma to związek z religią (skłonny jestem zakładac że ma), ale bez wątpienia należy w tym miejscu nadmienic że Tajlandia na tle Indonezji jest krajem czystym wręcz wyjątkowo.
Żołnierze w drodze na "front"Wsiadłem do odpowiedniego busa i po kilkugodzinnej podróży wśród przygnębiająco płaskiego i nudnego krajobrazu (który był zapowiedzią tego jaki mają w Kambodży) trafiłem nad granicę, załatwiłem wszelkie bzdurne formalności i zostałem powitany przez taką oto bramę:
Za bramą widac kasyna wybudowane dla zamożnych Tajów w "strefie buforowej" - już za "oficjalnym" początkiem Kambodży, ale jeszcze przed kontrolą paszportową. Hazard jest w Tajlandii nielegalny, w Kambodży chyba zresztą też, ale Khmerowie potrzebują tajskich pieniędzy. Przenocowałem w obleśnym "hotelu" posiadanym przez rodzinę Chińczyków, po czym poszedłem łapac busa do Siem Reap - czyli bazy wypadowej do osławionych ruin Angkoru. Dla niezazanajomionych z tematem - są to ruiny ogromnego miasta, stolicy dawnego khmerskiego imperium, w swoim czasie największego miasta w regionie. Wybudowano je w przybliżeniu w okresie naszego średniowiecza (800 - 1300) i stanowią bez mała największą atrakcję turystyczną Azji Płd-Wschodniej. Każdy kto ma na półce książkę w stylu "Cuda Świata", "100 Miejsc które musisz zobaczyc przed śmiercią", itp. niech poszuka sobie hasła "Angkor", tam znajdzie więcej informacji. Po drodze zobaczyłem swoją pierwszą khmerską światynie, co oczywiście uczciłem zdjęciem:
Myślę że Angkor zasługuje na oddzielny post, więc miejsce w tym wykorzystam na wstęp ogólny do Kambodży:Kambodża jest małym krajem, którego rodowitych mieszkańców nazywa się Khmerami. Jak już pisałem, w okresie naszego średniowiecza Khmerzy ci byli posiadaczami ogromnego imperium które rządziło i dzieliło w regionie, i które około 600 lat temu w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach upadło. Potem nastąpiły długie czarne wieki, okupacje wietnamskie, tajskie i francuskie, wreszcie pod II WŚ upragniona niepodległośc. Z pokoju nie dane im się było jednak długo cieszyc, bo niedługo rozpoczęła się rewolta "Czerwonych Khmerów", o których słyszał prawie każdy, ale może nie każdy wie o co im chodziło. Otóż Czerwoni Khmerzy była to grupa *bardzo* radykalnych komunistów, którzy wierzyli że Kambodża może powrócic do dawnej glorii jeżeli "zrzuci jarzmo" kapitalizmu i kapitalistycznego myślenia i dokona swoistego resetu - tzn. powróci do zmasowanego rolnictwa i budowy ogromnych przedsięwzięc irygacyjnych siłami niewolników. W praktyce wyglądało to tak że Pol Pot i jego koledzy wprowadzili rządy terroru (szczególnie zniesławiły się oddziały fanatycznych dzieci i nastolatków), wymordowali około 1/4 populacji Kambodży, przede wszystkim każdego kto w jakikolwiek sposób wyglądał na intelektualistę (okulary albo brak bąbli na rękach oznaczały wyrok śmierci), zlikwidowali pieniądze (!), telewizję, radio i gazety, zlikidowali miasta (!) i całą ich ludnośc (a raczej tę częśc owej ludności której nie zabili od razu) zmusili do niewolniczej pracy przy bezsensownych projektach hydrotechnicznych. Po kilku latach takiej zabawy nawet wietnamscy komuniści stwierdzili że miarka się przebrała i swoją inwazją zmusili Pol Pota i koleżków do nawiania w góry na zachodzie kraju. Rozpoczęła się znów wieloletnia wojna domowa, w wyniku czego kraj został zrujnowany jeszcze bardziej a Kambodży do dziś jest jednym z najbardziej zaminowanych krajów świata. Pol Pot koniec końców umarł kilkanaście lat temu a niedługo później niedobitki jego oddziałów zostały zmuszone do kapitulacji. Rozpoczął się nareszcie dla Kabodży czas pokoju, ale długo jeszcze potrwa zanim archeolodzy znajdą wszystkie masowe groby, a gospodarka i społeczeństwo dojdą do normalności po tak niewyobrażalnych zniszczeniach.Chciałbym tu jeszcze wymienic jeden z powodów dla których nie lubię Tajlandii - otóż kiedy Pol Pot prowadził wojnę partyzancką na zachodzie kraju, Tajlandia mu pomagała.
Tak więc wróciłem do Bandungu, gdzie czekała na mnie praca, dziewczyna, znajomi i zajęcia gry na flecie... Wszystko czekało. Czekały też przygotowania do wyjazdu, zaplanowanego na po spotkaniu Darmasiswy, czyli po połowie maja. Tymczasem Sanjar, mój kumpel Uzbek zdecydował się wrócic do ojczyzny przed owym spotkaniem i na kilka dni przed powrotem zafundował sobie dośc dramatyczną końcówkę. Szczegóły są jego prywatną sprawą, dośc powiedziec że musiałem mu pomóc dając mu nocleg w swoim pokoju. Na pamiątkę jest zdjęcie:
Przygotowałem się więc do wyjazdu i pomogłem Sanjarowi w przygotowaniach, zakupiłem zapas sulingów żeby miec na czym cwiczyc granie po powrocie do Polski, powkurzałem się na beznadziejną organizację spotkania (do ostatniej niemal chwili nie wiedziałem ktorego dnia i o której godzinie odlatuję), pożegnałem Sanjara i wszystkich mieszkańców mojego kosu, po czym odleciałem w końcu na Kalimantan (znaczy się Borneo).
Ministerstwo Edukacji w Indonezji ugościło nas w luksusowym hotelu w Samarindzie, miejscu w którym studiowała inna studentka darmasiswy z Polski - Gosia. Zjechała się więc do Samarindy ponad setka zagranicznych studentów, jak to któs (zdaje się Gosia) ujął "to miasto nigdy wcześniej nie widziało tylu białych na raz". W ramach "programu kulturalnego" zabrali nas do wioski miejscowych "tubylców", czyli Dajaków. Szkoda tylko że do niezwykle skomercjalizowanej wioski. Niemniej, jako że nie miałem okazji dotrzec do bardziej autentycznych Dajaków, kilka zdjęc wrzucę żebyście mieli szansę zapoznac się z ich kulturą:



Naprzeciwko tradycyjnego "długiego domu" w którym był występ ustawiony był cały rząd straganów z pamiątkami. Wsród sprzedawców była jedna wyjątkowo "autentyczna" z wyglądu Dajaczka (wytatuowane ręce, wydłużone uszy). Niestety, wiedziała że jest jedyna taka w wiosce i zyczyła sobie 10 zł od zdjęcia. Jednakże ja posiadam aparat z porządnym zoomem więc płacic nie zamierzałem. Po kilku próbach udało mi się ją nieźle uchwycic, przy okazji uwieczniając jak Husni (mój nauczyciel-opiekun) płaci tej babie 10 zł. Bezcenne:
Potem mieliśmy czas wolny przed wieczornymi występami (studenci mieli prezentowac czego się w Indonezji nauczyli, ja się na szczęście wykręciłem), więc była okazja strzelac wspólne fotki:
Gosia, Kumush, autor
Aya i Gosia ubrane już do swojego "dajackiego" występu, razem z Kumush. Dla ciekawskich - Kumush jest z Uzbekistanu, Aya z Japonii.
I przyszedł w końcu czas na gwóźdź programu - występy studentów. Z początku wszystko stało na poziomie licealnej akademii (dobre, stroje były ciekawsze)... aż tu znienacka pojawił się Czech którego występ skomentowałem w szoku mówiąc "Niesamowite, on się naprawdę czegoś nauczył!". Był w balijskim stroju więc wyglądał na zatwardziałego geja, ale kunsztu artystycznego nie można mu było odmówic. Pozamiatał chłopak, po prostu.
Po jego występie poziom ogólny nieco się podniósł, choc tego wieczora nikt go już nie przebił. Następni w kolejce byli darmasiswowcy z Anglii i Meksyku studiujący na STSI w... Bandungu. Właśnie panie Husni, czemu nam pan nigdy ani słowem nie wspomniał że są jacyś inni darmasiswocy w Bandungu oprócz mnie i Uzbeków?
Występował również Malang. Haniu, proszę, nie szukaj na mnie zemsty za opublikowanie tego zdjęcia :F
Na Bali studiowało więcej ludzi, więc:
Chyba starczy zdjęc. Zapomniałem wspomniec o koszulkach jakie wszyscy dostaliśmy, a które możecie podziwiac na moim wspólnym zdjęciu z Gosią i Kumush. Widzicie tę naszywkę z chopkiem na koniku? Ależ tak, to logo Ralpha Laurena. Oryginalne? Ależ skąd. Koszulki z ewidentną domieszką poliestru cuchnące farbą na kilometr. Rząd indonezyjski rozdaje zagranicznym gościom podrobione koszulki... gratulujemy konceptu. Zwłaszcza w przypadku studentów z Francji i Włoch którzy za "próbę wwozu podrobionych ubrań" mogą dostac na lotnisku ciężką grzywnę, tylko dlatego że chcieliby miec pamiątkową koszulkę. Tak jakby nie dało się kupic zwykłych koszulek polo bez "marki" i na nich nadrukowac.Do tej pory brakuje w tej relacji jeszcze jednego - opisu Borneo. Więc zacznijmy - odłóżcie w kąt romantyczne wyobrażenie dzikich niezbadanych dżungli. Borneo ma więcej wspólnego z Górnym Śląskiem niż z Amazonią. Miasta są takie same jak wszędzie w Indonezji a ilośc kopalń, przemysłowych tartaków i innego syfu przekracza wszelkie normy. Gdzieś tam w głębi wyspy ponoc są jeszcze dziewicze, nietknięte piłą łańcuchową lasy, ale dotarcie do nich trwa kilka dni więc sobie odpuściłem.Człowiekowi łatwo narzekac ale powinien pamiętac że kiedyś cała Europa była jak puszcza białowieska... ale już nie jest. W pewnym uproszczeniu to co Indonezyjczycy robią teraz z Borneo my już wieki temu zrobiliśmy w Europie i nazywaliśmy to "rozwojem". Smutne ale prawdziwe.Z Borneo poleciałem (na koszt rządu oczywiście) do Jakarty i aby nie tracic czasu i pieniędzy prosto stamtąd do Singapuru i dalej do Bangkoku. Ale to już temat na kolejnego posta.
Wróciłem już do Polski, czas więc kontynuowac opowieśc. Przybyłem więc do Ampany aby złapac prom na Togiany, a tamtejsza przystań okazała się byc miejscem całkiem ładnym:
Z Ampany płynie się promem do Wakai, największej osady na wyspach:
Gdzie przesiadamy się na motorówkę podstawioną przez hotele z okolicznych, niezamieszkanych wysp (albo wynajmujemy łódź u miejscowych rybaków i płyniemy gdzie chcemy, jeśli nas na to stac).
Dopływamy do hotelu i wiemy już że jesteśmy w raju:





Togiany są miejscem wielce oddalonym od jakiejkolwiek "cywilizacji", jednym słowem zadupiem, co jest zarazem ich największą wadą i największą zaletą. Wadą ze względu na oczywiste problemy z transportem, zaletą ze względu na brak jakichkolwiek zanieczyszczeń. Już kilkanaście metrów od brzegu zaczyna się niezwykle bogata i zdrowa rafa koralowa, która jest głównym magnesem przyciągającym ludzi w te rejony - większośc odwiedzających to zapaleni fani nurkowania. Mnie na nurkowanie nie było stac, ale na pływanie w masce i płetwach jak najbardziej tak i już tu widoki były oszałamiające. Nieco zbyt oszałamiające bo swoją o kilka godzin zbyt długą fascynację przypłaciłem mocno spalonymi przez słońce plecami. Cóż, warto było.
Brak zanieczyszczeń daje pole do popisu także naturze lądowej, drzewa pełne są ptaków a niekiedy można również natknąc się na bardzo już rzadkie kraby kokosowe:

Ten nie-do-końca-trzeźwy kolega powyżej to sławny Ali "Arak Attack", pracownik hotelu. Sławę i ksywę zawdzięcza pochłanianiu słowiańskich ilości araku (lokalna wódka). Od razu poczułem sympatię do niego i jego zapasów alkoholu... Był pierwszym i jedynym spotkanym przeze mnie Indonezyjczykiem który potrafił pic alkohol w ilościach których nie powstydziłby się student politechniki i stac po tym na nogach. Ze względu na moje spalone plecy nie byłem już w stanie cieszyc się z morza i plaży toteż przystałem na złożoną przez Alego propozycję przyłączenia się do jego wyjazdu. Otóż Ali brał następnego dnia wolne z pracy i jechał wynajętą łodzią odwiedzic rodzinę w wiosce Bomba na polbiskiej wyspie...:
Po drodze kupując półtora kilograma homarów, z których trzy zjadłem sam:
Bomba zszokowała mnie swoją czystością - było to najbardziej czyste i zadbane miejsce w Indonezji, mimo że wioska nie miała turystów, więc czystośc nie miała turystycznej motywacji. Mieszkańcy nie należeli też do żadnej dziwnej czystościowej sekty, byli zwykłymi muzułmanami takimi samymi jak Indonezyjczycy-brudaski w większości Indonezji. Niemniej, oto i Bomba:


Po wlaniu w siebie nieprzyzwoitych ilości araku z colą i limonką, odwiedzeniem wszystkich jego krewnych i przespaniu się w jego domu przyszedł mi czas pojechac do Wakai złapac prom i powrócic do indonezyjskiej rzeczywistości. I właśnie czekając na prom rozłożony pod palmą na perfekcyjnej plaży postanowiłem włączyc długo wyłączoną komórkę... i dowiedziałem się że dzień wcześniej nasz prezydent, generałowie, dyplomaci i na dodatek mój kochany wujaszek umarli w katastrofie lotniczej. Najbardziej surrealistyczny moment mojego życia. Napłynęło też do mnie kilkanaście sms-ów z kondolencjami od indonezyjskich znajomych, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony ich reakcją.
W każdym razie z promu widoki były na tyle wspaniałe że dały mi na chwilę zapomniec o bezmiarze katastrofy:
Z promu zszedłem w Gorontalo na północnym Celebes, nie było tam niczego wyjątkowo ciekawego, może poza dośc dziwnie pokolorowanymi przydrożnymi ozdobami Wielkanocnymi - mnie to osobiście bardziej się kojarzy z "Pogromcami Wampirów" niż świętem życia:
Przejechałem przez północny Celebes aż do Manado, gdzie obejrzałem kawałek miasta, przespałem się i wsiadłem w samolot do Jakarty. Niczego wartego zdjęcia nie widziałem.
Tak więc z Rantepao miałem zamiar udac się nocnym autobusem do centralnego Celebesu. Tylko że nie było nocnych autobusów. Toteż wkurzony stratą dnia na jazdę wsiadłem do klimatyzowanego (na szczęście) busa nie wiedząc jeszcze, co mnie czeka. A czekało mnie wiele, nie żałuję że autobus nie było nocny, w nocy bym tego nie zauważył. Tak naprawdę epickości całej podróży nie sposób oddac w sposób inny niż filmem. Toteż zrobiłem ich kilka i po powrocie do ojczyzny zuploaduję, ale tymczasowo to niemożliwe, indonezyjski internet mi na to nie pozwoli. W dużym uproszczeniu: Jechałem porządnym autobusem wyposażonym w klimatyzację, telewizor oraz... 3 puszczane w kółko płyty z północnocelebeskim popem. Po dziurawej drodze na krawędzi przepaści (spokojnie, były porządne barierki... no dobra, żartowałem, bez barierek.), wijącej się wśród gór na niebotycznych nieraz wysokościach i dostarczającej cudnych widoków. Niekiedy środek drogi złobił świeżo powstały strumień, kiedy indziej kamienie przy drodze informowały pocieszająco namalowanymi na sobie napisami że kilka miesięcy temu osuwisko doprowadziło tam do tragedii... Co tu dużo mówic, popatrzcie na widok z okna patrząc w dół:
Napis powyżej chyba nie wymaga tłumaczenia...Dla pocieszenia, mosty są baaardzo solidnej konstrukcji:
Czas na widoki:

Powyżej góry nad chmurami i widok z okna w poziomie - jechaliśmy na poziomie tej chmury. Kto ma dobry wzrok ten kawałeczek powyżej chmury może dostrzec szybującego orła.
W autobusie oprócz mnie jechała jeszcze para Niemców i tłum Indonezyjczyków. Niemcy jak się okazało zdążali ku tej samej destynacji co i ja - wyspom Togian. Byli to ludzie nad wyraz sympatyczni i przekazali mi bezcenną informację - dwa dni później był w planie prom na wyspy, przez kolejne dwa dni nic, zero transportu. Oni jechali bezpośrednio do Poso, tam nocowali, łapali transport do Ampany gdzie spali by następnym rankiem wsiąśc na łódź. Moim planem było wysiąśc w Tentenie, obejrzec rankiem wodospad, popołudniem zawitac w Poso i wieczorem w Ampanie. Steffen stwierdził że on już na Togianach kiedyś był i nie wydaje mu się to możliwe. Odrzekłem "spotkamy się na promie, zobaczysz :)".
Ileż daje znajomośc indonezyjskiego. Okazało się to w praktyce nie tylko możliwe, ale wręcz łatwe, niepotrzebnie się spieszyłem pod wpływem jego ostrzeżeń.
W każdym razie nie uprzedzając toku opowieści: o godzinie 22 wysiadłem w Tentenie. Lonely Planet opisywał tylko kilka miejsc noclegowych w tym miasteczku, wszystkie o wiele powyżej mojego budżetu. Ale co mnie przewodnik, starczyło zapytac właściciela pierwszego sklepu przy przystanku by dostac pokój na zapleczu (z łazienką!) za 1/3 ceny pobliskich hoteli. Wstałem wcześnie i wynająłem ojeka (człowiek który podwozi nas na motorze, powiedzmy moto-taxi) by zwiedzic wodospad który był powodem mojego postoju. Zacny był to wodospad, wart spędzonego na dotarcie do niego czasu:



Następnie w pośpiechu złapałem bemo (długodystansowy angkot) do Poso. Bemo to było pełne lokalnych wieśniaków i ich worków ryżu i było samo w sobie przygodą. Zdaje się że żaden z pasażerów nie spotkał w życiu białego człowieka, a w każdym razie nie białego człowieka podrózującego tak jak oni. Jeden z nich po zorientowaniu się że mówię po indonezyjsku bardzo nieśmiało spytał "Permisi, tuan sedang pergi ke mana?" co wprawiło mnie w osłupienie bo oznacza mniej więcej "Przepraszam, gdzie waszmośc zdąża?" i zdania w takim stylu widywałem wcześniej tylko w starych książkach do nauki indonezyjskiego.
Po dotarciu do Poso dzięki pomocy życzliwego tambylca znalazłem biuro transportowe oferujące przejazd minivanem do Ampany. I okazało się że cały pośpiech był zbędny bo w Poso byłem już o 12, a minivan do Ampany odjeżdżał o... 17. Tak więc spędziłem pięc godzin siedząc w barze i nudząc się okrutnie.
Może nie okrutnie bo Poso to interesujące miejsce - jest to miasto sławne na całą Indonezję (wręcz swiat bo każdy przewodnik po regionie zawiera ostrzeżenie "podróżowanie po centralnym Celebesie jest potencjalnie niebezpieczne!") jako miejsce które omija się szerokim łukiem ze względu na zdarzenie sprzed kilku lat ochrzczonem mianem "incydentu Poso". Incydent Poso to zaś rozruchy religijne które pochłonęły życie wielu ludzi i zmusiły rząd indonezyjski do wysłania tu Polisi Militer (nie wymaga chyba tłumaczenia) by tubylców spacyfikowac. Polisi Militer wciąż w regionie jest wszechobecne i, pomimo że od dawna nie ma żadnych problemów, każda droga co kilka kilometrów ma posterunek policji kontrolujący samochody i spisujący numery rejestracyjne przejeżdżających.
Do Ampany do ampany dojechałem o 23, znalazłem miejsce do spania i poszedłem spac. Następnego dnia rano pojechałem do przystani promowej by zastac tam poznanych wcześniej Niemców, na ich "You've made it!" (udało ci się) odkrzyknąc "Of course I did!" (oczywiście że tak) i przybic im piątkę. Ale to już początek kolejnej opowieści, która prawdopodobnie napisze już po pworocie do Polski.
Bo teraz, moi drodzy, wybieram się w ostateczną wyprawę na trasie Samarinda - Jakarta - Kambodża - Tajlandia - Birma - Malezja - Jakarta - Timor - Flores - Lombok - Bali - Malang - Solo - Jogja - Bandung, która zajmie mi około półtora miesiąca i po której bezpośrednio niemal udam się do Polski.
Do usłyszenia i zobaczenia, uściski dla wszystkich!
Trzeciego, czyli ostatniego dnia mojego pobytu w Torajy wziąłem innego (tańszego, i jak się okazało lepszego) przewodnika żeby odwiedzic tradycyjny toradżański pogrzeb. Miałem to szczęście że akurat ostatniego dnia mojego pobytu jeden bogaty pogrzeb się rozpoczynał. Może opiszę pokrótce w ramach wstępu - Torajanie wywodzący się z arystokracji wedle tradycji nie mogą zostac pochowani jeżeli nie odbędzie się ogromna uroczystośc pogrzebowa na której zwierzęta zarzyna się całymi stadami. Największy prestiż mają bawoły i to wedle ich ilości liczy się "klasę" pogrzebu: 1-10 = biedny 10 - 30 = średni >30 (zdarza się i 200) = bogaty Jak łatwo mogą sobie wyborazic nawet najmniej powiązani z rolnictwem czytelnicy, "średni" pogrzeb kosztuje mniej więcej tyle co niezły nowy samochód. Jako że Indonezja nie jest krajem nadmiernie bogatym, a Toraja nie odstaje jakoś szczególnie bogactwem od średniej, rodzina na taki pogrzeb musi oszczędzac latami. W tym czasie denat czeka sobie zaformalinowany w domu (!), trzymają go w osobnym pokoju i zgodnie z nakazami tabu traktują jakby ciągle żył. To że pogrzeb się odbywa jest niejako sukcesem, zwieńczeniem długiego okresu oszczędzania, sprawia że jest to impreza znacznie mniej posępna niż nasze pogrzeby. Rodzina składając w końcu na wieczny spoczynek kilkuletnie zwłoki czuje zapewne raczej ulgę niż żal.
Tak więc po uprzednim zakupieniu czterech kilo cukru na prezent żeby się wprosic na stypę, wyruszyliśmy na nią na ekstremalnie starym motorze przewodnika. Oczywiście bez kasków, bo niby po co? Po drodze odwiedziliśmy jeszcze jedno interesujące miejsce, ale o tym później.
Na stypie zjawiła się ogromna ilośc gości, podejrzewam że z tysiąc. Wszyscy dawali podarki, poczynając od paczki papierosów a na świni z przenaczeniem na zarżnięcie kończąc, zależnie od rangi gościa. Niech zdjęcia powiedzą resztę:


Na początku ceremonii przeniesiono trumnę z ciałem denata (zauważcie że jest podobna w kształcie do pnia drzewa - może ma to związek z opisanymi wcześniej pochówkami w drzewach) z miejsca eksponowanego w miejsce jeszcze bardziej eksponowane - na pięterko specjalnego budynku. Niestety mój przewodnik nie umiał mi sensownie wytłumaczyc, dlaczego, szczególnie zainteresowanych zapraszam do użycia google.
Poniżej ketua adat - trudno przetłumaczyc nazwę tej funkcji na polski... coś jakby "wójt od przestrzegania tradycji". Człowiek ten zajmuje się pilnowaniem by wszystko odbywało się wedle wielowiekowych tradycji i żadne tabu nie zostało złamane. Przy okazji wygląda fascynująco:

Biedne świnki w oczekiwaniu na rzeź. A poniżej poleje się obiecana krew:
Ten pan po prawej jakieś dwie sekundy (naprawdę błyskawicznie) przed tym jak zrobiłem to zdjęcie poderżnął temu byczkowi gardło. Ta czerwona struga przy jego głowej to chyba wszyscy wiedzą co...
Dzieci w tradycyjnych strojach na zakończenie. Później był poczestunek mięsem świeżo zarżniętych świń (spokojnie, najpierw to mięso upieczono), sam pogrzeb był dzień czy dwa później, kiedy byłem już w drodze do centralnego Celebesu.
A teraz czas na opisanie gdzie zabrał mnie przewodnik zanim pojechaliśmy na stypę. Otóż było to bardzo stare cmentarzysko, zupełnie nie uturystycznione. Tu mogłem zobaczyc prawdziwych Torajan, biednych i nie umiejścach mówic nawet po indonezyjsku, o angielskim nie wspominając. Biednych ale wesołych, wesołych i ciekawych przybysza szczerze, nie po to żeby wystawic rachunek. Cmentarzysko było nieużywane od dłuższego czasu ale dzięki temu zachowały się na nim bardzo stare rzeźbione trumny w kształcie łodzi, świń i byków. Ponoc niektóre mają po 200 lat. Ciekawsze jednak od samego miejsca było dotarcie do niego. Najpierw przejechaliśmy przez jedną nieturystyczną wioskę by wjechac na drogę która wyjaśniła mi czemu to miejsce nie jest uturystycznione - droga miała nachylenie uniemożliwiające wjazd motorem, a nawet wspinanie się na nią pieszo było piekielnie męczące (zwłaszcza z 4 kg cukru pod pachą). Na szczycie była druga wioska, ekstremalnie nieturystyczna, z bardzo sympatyczną szkółką:

A za wioską stare cmentarzysko:

